Wybierz region

Wybierz miasto

    Detektyw kontra policja

    Autor: Jacek Bombor

    2006-03-14, Aktualizacja: 2006-03-14 08:45 źródło: Dziennik Zachodni

    Detektyw Krzysztof Rutkowski nie zostawia na rybnickich stróżach prawa suchej nitki, opisując współpracę przy poszukiwaniach 8-letniego Mateusza Domaradzkiego z Rybnika.

    Detektyw Krzysztof Rutkowski nie zostawia na rybnickich stróżach prawa suchej nitki, opisując współpracę przy poszukiwaniach 8-letniego Mateusza Domaradzkiego z Rybnika.

    - Nigdzie w Polsce tak fatalnie nie współpracowało nam się z organami ścigania, jak na Śląsku - stawia sprawę na ostrzu noża detektyw Rutkowski. Wyraźnie puszczają mu nerwy... - Nie wdajemy się w dyskusje na takim poziomie, my szukamy chłopca - ripostuje aspirant sztabowy Arkadiusz Szweda, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Rybniku.



    Detektyw o ich pracy ma już wyrobione zdanie. Ma pretensję do policji o to, że na przykład w niedzielę jego ludzie jechali szukać ciała chłopca, gdy zostali zatrzymani przez dwa radiowozy.

    - Nie wpuścili nas na teren poszukiwań. Przecież to jakiś absurd, my nie mamy się ścigać z policją, a razem szukać chłopaka - denerwuje się detektyw.

    Policjanci przyznają, że nie wpuścili ludzi Rutkowskiego, gdzie sami prowadzili poszukiwania, bo... nie pozwala na to prawo.

    - Chcieli się dostać do miejsca, które podejrzani wskazali jako teren porzucenia zwłok. W czynnościach mogą brać udział tylko policjanci i prokuratorzy - przypomina Arkadiusz Szweda.



    Detektyw Rutkowski uważa, że policja zlekceważyła niektóre informacje, podsuwane przez jego biuro. Policja zdecydowanie zaprzecza:

    - Każda informacja jest przez nas rzetelnie sprawdzana, nawet jak się coś komuś wydawało, też tam byliśmy. Jeżeli pomoże nam to odnaleźć chłopca, skorzystamy z informacji choćby samego diabła - mówi obrazowo Arkadiusz Szweda. - Ale ze wszystkimi współpracujemy w takim zakresie, w jakim pozwalają nam przepisy polskiego prawa.

    W efekcie policjanci prowadzili wczoraj kolejne przeszukiwania terenu ma miejscu, m.in. w okolicach słynnej Depty na Piaskach, natomiast grupa Rutkowskiego w tym samym czasie szukała w innych miejscach.

    - Nie chcieliśmy sobie wchodzić w drogę, bo to nie ma sensu. Jednak mogliby nas dopuścić do poszukiwań, przecież większość z nas pracowała w policji i znamy się na swojej robocie - mówił nam wczoraj szef grupy poszukującej wysłany przez Rutkowskiego.



    W efekcie jego ludzie chadzali własnymi ścieżkami, a policjanci swoimi. Gdy policjanci kierowali się w stronę zabudowań, to ludzie detektywa szli w głąb pobliskiego lasku...

    - Jest tu mnóstwo dziur, wyłomów, wiele wodnych oczek. Sprawcy, którzy przyznali się do zakatowania chłopaka, mogli tutaj ukryć ciało. Doskonale znają każdy zakamarek tego terenu, byli przecież znanymi w okolicy złomiarzami - wyjaśnia jeden z ludzi Rutkowskiego.



    Do ludzi detektywa dołączyli członkowie rodziny zaginionego Mateuszka, m.in. jego ojciec. - Policjanci traktują nas jak zło konieczne, chociaż gramy w tej samej drużynie. Nie dzielą się z nami żadnymi informacjami. My nie jesteśmy wrogami, nie bierzemy za tę akcję ani grosza - przypomina Rutkowski.

    - To my zbieramy informacje, ale nie możemy się z nimi dzielić dla dobra śledztwa - odparowuje Szweda.

    Dzisiaj Rutkowski ściągnie do Rybnika czterech płetwonurków, którzy będą przeczesywać okoliczne akweny wodne.



    Stróże prawa sugerują, że ostre wystąpienie detektywa ma związek ze śledztwem, prowadzonym przeciwko jego ludziom przez rybnicką prokuraturę. Śledczy z Rybnika ustalili, że jego biuro doradcze prowadziło nielegalne czynności detektywistyczne! W październiku ub. roku pomogli matce 7-letniego Krzysia zabrać go ze szkoły w Książenicach. Matka dostała zarzut pomocnictwa w nielegalnym procederze, podobnie jak dwóch pracowników Rutkowskiego. - Wykonywali działania zastrzeżone dla organów państwowych - ustaliła prokuratura.

    - Te dwie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego! Pomogliśmy jedynie matce odzyskać synka. Od trzech lat miała w ręku wyrok z klauzulą natychmiastowej wykonalności, i nikt się nie ruszył ze stołka, by odzyskać dzieciaka. Jak my to zrobiliśmy, zostaliśmy potraktowani jak gangsterzy napadający na tiry. Moi ludzie dostali nawet dozór policyjny - piekli się Rutkowski.

    Gdy zamykaliśmy ten numer gazety, poszukiwania nadal trwały.
    Więcej na temat: 

    Sonda

    Czy wiedząc o aferze w łódzkim pogotowiu bałbyś się wezwać karetkę?

    • Nie, nie wszyscy lekarze są przestępcami (53%)
    • Bałbym się, ale i tak w razie np. wypadku nie miałbym innego wyjścia (35%)
    • Tak, straciłem zaufanie do pogotowia ratunkowego (12%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.