Wybierz region

Wybierz miasto

    Może nigdy się nie dowiemy, co się stało z zaginionymi dziećmi

    Autor: Grażyna Kuźnik

    2006-02-27, Aktualizacja: 2006-02-27 08:55 źródło: Dziennik Zachodni

    Dzieci na Śląsku zaczęły znikać siedem lat temu. Łączy je to samo - giną w miejscach, które nie są odludne, w ciągu dnia, zimą albo jesienią. Pochodzą ze skromnych rodzin, może były wcześniej obserwowane.

    Dzieci na Śląsku zaczęły znikać siedem lat temu. Łączy je to samo - giną w miejscach, które nie są odludne, w ciągu dnia, zimą albo jesienią. Pochodzą ze skromnych rodzin, może były wcześniej obserwowane.

    Nikt nic nie widział, nie słyszał. Ani podejrzanych samochodów, ani mężczyzn w czarnych okularach. Klęska dla policji, zagadka dla detektywów, dla rodziców - koniec poprzedniego życia.

    Przedtem dzieci też ginęły, ich los można było jednak wyjaśnić. Śląska policja co roku poszukuje kilkudziesięciorga dzieci i nastolatków, większość z nich szybko wraca do rodzin.

    Były wyjątki. Czteroletniego Kubę z Jastrzębia Zdroju w październiku 2000 roku ktoś rozebrał do naga i wrzucił do osadnika miejscowej oczyszczalni ścieków. Chłopca szukały setki ludzi. Kubuś pochodził z niezamożnej, wielodzietnej rodziny.

    9-letnią Wioletkę z Szopienic, rozebraną do bielizny, znaleziono w lipcu 2002 roku w stawie Morawa. Ostatni raz widziano ją, jak bawiła się na podwórku. Jak doszło do ich śmierci, nie wiadomo do dzisiaj.

    Bez świadków

    Twarze zaginionych dzieci znowu mają pokazać się na plakatach, bo każdy sposób zwiększa szansę ich odnalezienia. Takie metody dobrze sprawdzają się w USA. Wkrótce zobaczymy znowu twarze Kuby, Sylwii, Basi, Iwonki i Mateuszka.

    Najpierw tajemniczo zniknął czteroletni Kuba Jaworski. W styczniu 1999 roku bawił się w piaskownicy przed domem w Szopienicach, gdy nagle wszyscy stracili go z oczu. Była może czwarta po południu.

    W tym samym roku, w listopadzie, zaginęła 9-letnia Sylwia Iszczyłowicz. Wyszła z domu na lekcję religii, ale spóźniła się i nie wiedziała, gdzie przeniosła się grupa. Wracała ulicą Wolności w Zabrzu. Widziano ją około godz. 19, zaledwie 150 metrów od domu.

    W lutym 2000 roku rozpłynęła się w powietrzu 11-letnia Basia Majchrzak z Jastrzębia Zdroju. Przed 10 rano wyszła z domu do szkoły i przepadła. Nikt nie zauważył niczego dziwnego, zaskakującego. Dziewczynka miała przy sobie plecak i worek z butami na zmianę. Żadnych rzeczy nie odnaleziono.

    Iwonka Wąsik miała 13 lat, gdy w biały dzień zaginęła w środku osiedla w Tarnowskich Górach. Szczupła dziewczyna wracała ze szkoły do domu, w planie miała odwiedziny w schronisku dla zwierząt. Opiekowała się szczeniakami.

    Nikt nie widział porwania, przepychanek, żadnych zaczepek. Iwonka nagle się zdematerializowała. Policja nie trafiła na żaden trop.

    Wszystko się rozpadło

    Dzielnica, w której mieszkał Kuba Jaworski, jest biedna. To stare katowickie Szopienice, pełne familoków i ruder. Ale dom Kuby przy Szabelnianej dobrze się trzyma; na klatce jest czysto, panuje cisza, przechadza się zadbany kot.

    W mieszkaniu Jaworskich nikogo nie ma.

    - Po tym wszystkim ona się od niego wyprowadziła, kłócili się, nie mogli się dogadać. Ona była załamana. Nie powiodło im się, ojciec został sam i jakoś sobie tam radzi, rzadko bywa w domu. Jej też było ciężko, zdaje się dzieci trafiły do domu dziecka. Bo Kuba miał brata i siostrę. Jak zaginął, to im się wszystko rozpadło - mówi sąsiadka.

    Według amerykańskich badań aż 70-90 proc. małżeństw, którym zaginęło dziecko, rozstaje się. Bo stratę inaczej przeżywa matka, a inaczej ojciec.

    Sąsiadka pamięta dobrze Kubusia, chociaż to już siedem lat, jak zniknął. Ładny chłopczyk z okrągłą buzią. Jeszcze nieporadny, jak to czterolatek.

    - Wszyscy go szukaliśmy, wszędzie się zajrzało. To się w głowie nie mieści, żeby dzieciak tak przepadł jak kamień w wodę.

    Policja badała różne wątki. Ojciec miał kryminalną przeszłość, ale z więzienia wyszedł na przepustkę dzień po zaginięciu syna. Wykluczono, żeby miał coś wspólnego z tą sprawą.

    Nie znaleziono również ciała chłopca w Rawie, chociaż psy tropiące podeszły pod rzeczne wały. Ale trawa przy samym brzegu była nienaruszona. Psy nie wiedziały, gdzie iść dalej. Kuba zniknął.


    Jasnowidz chciałby się mylić

    Kiedy ostatnio widziano Sylwię, była blisko do domu. Starczyłoby, żeby przeszła przez jezdnię.

    - Ale uczyłam ją, żeby zawsze przechodziła na pasach. Dlatego poszła dalej i wtedy to się wydarzyło - wspominała matka.

    Ale co? Nadal nie wiadomo. Detektyw Rutkowski uznał, że to jedna z najbardziej tajemniczych spraw, z jakimi się zetknął. Dziecko na ruchliwej ulicy Wolności w Zabrzu znika bez śladu. Jeśli to był porywacz, to działał fachowo i błyskawicznie.

    Poszukiwania nie dały rezultatu. Dziewczynka nosiła kurtkę z aplikacją kotka, miała ciemnoblond włosy do ramion, pulchną buzię. Jej zdjęcia obiegły prasę, wisiały na przystankach, w sklepach. Milczenie. A szukali wszyscy.

    Matka zmieniła mieszkanie, nie musi już patrzeć na ulicę, która zabrała jej dziecko. Mieszka w spokojnej dzielnicy, samotnie wychowuje dwóch synów. Dzisiaj Sylwia miałaby szesnaście lat.

    - Nie mogę ciągle cierpieć, płakać, bo to się dzieje kosztem moich synów - uznała pani Ewa. - Oni chcą się ze mną śmiać, żartować, żyć normalnie. Dzisiaj smutek chowam dla siebie.

    Przez te lata nie nadszedł żaden sygnał, który mógłby wyjaśnić los dziewczynki.

    Serce mówi, że żyje

    Basia Majchrzak miała 12 lat, gdy zniknęła sześć lat temu na ulicy. Ładna blondyneczka z burzą loków. Dla policjantów jest jak wyrzut sumienia.

    - Takiej sprawy się nie zapomina, często do niej wracam, zastanawiam się, co można było zrobić - mówi Jacek Bąk z Komendy Miejskiej Policji w Jastrzębiu Zdroju. - Przez te lata mieliśmy kilka sygnałów o jej dalszym losie, ale nic się nie sprawdziło. Raz kierowca autobusu zgłosił po kilku dniach, że widział Basię w towarzystwie około 50-letniego mężczyzny. Wysiadali w Wodzisławiu. Półtora roku po zaginięciu na policję zadzwoniła dziewczyna o bardzo zmęczonym głosie i powiedziała, że jest Basią Majchrzak, mieszka u Darka. Namierzyliśmy, że dzwoniono z okolic Radlina. Poszukiwania jednak nic nie dały.

    Niedawno na stronach jastrzębskiego portalu internetowego policjanci otworzyli "Archiwum X" - chcą wracać do dawno umorzonych i niewyjaśnionych spraw. Pierwsza z nich to najbardziej bolesna - Basia. Może tym razem zgłosi się jakiś świadek?

    - Powoli godzę się z tym, że jej nie zobaczę, ale serce mi mówi, że ona żyje - wyznaje ojciec Basi. - Chociaż żadnego dowodu na to nie ma.

    Trzeba żyć

    13-letnia Iwonka Wąsik zaginęła w październiku cztery lata temu, na dużym tarnogórskim osiedlu w pobliżu parkingu między ulicami Włoską a Francuską. Wracała ze szkoły około godz. 14. Policja i detektyw Rutkowski nie mieli żadnego punktu zaczepienia. Nie zgłosił się żaden świadek, nikt nie widział porwania.

    Rodzice całe miasto obkleili plakatami - była na nich ładna, dziecinna jeszcze buzia dziewczynki z jasnymi warkoczykami. Oczko w głowie taty. Siostry szukali dwaj bracia, w tym Michał, jej bliźniak. Sąsiedzi przeczesali pobliskie łąki, lasy, glinianki, nieużytki. Nie było nic.

    Matka słyszała różne wersje, że córkę porwano do haremu, na narządy, że jej dziecko wylądowało gdzieś w Rumunii, że uciekła z chłopakiem. Jasnowidz twierdził, że nić życia Iwonki nie została przerwana, a sprawa kiedyś się wyjaśni.

    - Chcę w to wierzyć, ale nie wiem - waha się ojciec Iwonki. - W domu zostały wszystkie dokumenty córki. Nic nie pomogło, ani policja, ani Interpol. Trzeba żyć z tą zagadką. Mam dwóch synów, oni też są ważni. A po zaginięciu córki w naszym małżeństwie było niedobrze, konflikty, pretensje, ja straciłem pracę. Teraz to się zmieniło. Zrozumiałem, jak cierpi żona, że ból nie minie, muszę ją wspierać, pocieszać, wierzyć, że Iwonka nie cierpi. Czegoś się wzajemnie o sobie nauczyliśmy.

    Nadzieja

    8-letni Mateuszek Domaradzki z Rybnika zaginął 6 lutego. Nikt jeszcze nie traci nadziei, bo nie minął nawet miesiąc od zaginięcia. A przecież oficjalnie zaginionego dziecka szuka się bezustannie, aż do skończenia przez nie 23 lat. Tylko bliscy nigdy nie przestaną szukać.

    - Co ja jej powiem, jak ją zobaczę po latach? Czy ją poznam? - niepokoi się matka Sylwii.

    Sonda

    Czy wiedząc o aferze w łódzkim pogotowiu bałbyś się wezwać karetkę?

    • Nie, nie wszyscy lekarze są przestępcami (53%)
    • Bałbym się, ale i tak w razie np. wypadku nie miałbym innego wyjścia (35%)
    • Tak, straciłem zaufanie do pogotowia ratunkowego (12%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.