Wybierz region

Wybierz miasto

    Prośba o życie, prośba o śmierć

    Autor: Agata Pustułka

    2006-03-10, Aktualizacja: 2006-03-10 08:16 źródło: Dziennik Zachodni

    Drzwi do mieszkania na pierwszym piętrze w katowickiej kamienicy przy ul. Słowackiego zaplombowali policjanci. Ostatnia przekroczyła jego próg Anna S. Wtedy wybiegła jak oszalała, nie patrząc za siebie, w nie dopiętej ...

    Drzwi do mieszkania na pierwszym piętrze w katowickiej kamienicy przy ul. Słowackiego zaplombowali policjanci. Ostatnia przekroczyła jego próg Anna S. Wtedy wybiegła jak oszalała, nie patrząc za siebie, w nie dopiętej kurtce. W pokoju na wersalce zostawiła zakrwawione ciało swojej przyjaciółki. Podcięła jej gardło. Wcześniej próbowała ją udusić. Nie była jednak pewna, czy ściska szyję dostatecznie mocno, czy będzie skuteczna. Nóż daje pewność. Wbity w tętnicę nie pozostawia żadnych wątpliwości.

    Czy chora na stwardnienie rozsiane katowicka graficzka Joanna Knop została zabita na własną prośbę,
    bo już nie mogła znieść cierpienia?
    - Chciała, żebym ją zabiła. Poprosiła o śmierć - wyznała kobieta, gdy kilkanaście godzin później, we Wrocławiu, niewyspana, rozdygotana, po kolejnej kawie, zgłosiła się na komisariat. Szlochającą dziewczyną zainteresował się jeden z barowych bywalców. Siedziała w kawiarni ze spuszczoną głową. Wskazał jej drogę do najbliższej komendy policji.

    Gdy umiera dusza

    Tajemnicę ostatnich godzin życia Joanny Knop, katowickiej graficzki, zna tylko Anna. Jakie padły między nimi te ostatnie słowa, w którym momencie chwyciła ją za szyję? Prokuratura opiera się na faktach i szuka dowodów. Musi dowieść, czy zabicie Joanny było gestem miłosierdzia czy też dokonanym z zimną krwią morderstwem. Motyw nie ma jednak żadnego znaczenia dla wymiaru kary.

    Wersja Anny S. ma jeden mocny punkt - Joanna była chora. Kilka lat temu zdiagnozowano u niej stwardnienie rozsiane (SM). Podobno nie mogła znieść myśli, że przestanie chodzić. Dlaczego jednak nie wybrała dla siebie innej, łagodniejszej śmierci? Środków uspokajających, po których przychodzi nieskończony sen? Dlaczego miałaby wybrać dla siebie takie cierpienie?

    SM to stałe samoograniczanie się. Znikanie horyzontu. Kiedy nie można już chodzić, zostaje łóżko albo wózek inwalidzki. Kolejny etap, choć nie ostatni.

    A mimo to stwardnienie rozsiane w podręcznikowej definicji nie jest chorobą śmiertelną. Chorzy z SM żyją równie długo jak zupełnie zdrowi. Jednak niektórym z nich, zanim umrze ciało, umiera dusza.

    Czy Joanna była już na tym etapie? Czy była tak zmęczona życiem, że 23 lutego, w dniu swoich 39 urodzin, postanowiła się z nim rozstać i poprosiła swą przyjaciółkę o śmierć?

    Linia obrony?

    Rodzina artystki nie wierzy w wyznania Anny S. Rodzice, brat muszą sobie wszystko poukładać w głowach. To niełatwe, gdy bliska osoba odchodzi w tak straszny i niezrozumiały sposób.

    - Chcę mieć teraz choć trochę spokoju - wyznaje łamiącym się głosem mama Joanny. - Właśnie pochowałam córkę.

    - Naszym zdaniem eutanazja to linia obrony. Ze wstępnych, bardzo wstępnych badań wynika, że kobieta wykonała ruchy świadczące o tym, że wcale nie chciała zginąć - mówią prokuratorzy. - Na rękach miała rany cięte, a między palcami znaleziono włosy, prawdopodobnie wyrwane z głowy zabójczyni.

    Jednak w przestronnym mieszkaniu Joanny Knop podczas rutynowych oględzin nie stwierdzono śladów walki. Nic nie wskazywało na to, by kobieta rzeczywiście broniła się przed napastniczką.

    - Ale nic też nie wskazuje na to, że chciała umrzeć, że była w depresji. Miała plany na przyszłość, nie myślała o samobójstwie, następnego dnia wybierała się w odwiedziny do rodziny - twierdzi prokurator Katarzyna Napora-Brodowy, prowadząca śledztwo.

    Jak się okazuje, o zbrodni esemesami powiadomiła wspólnych znajomych sama Anna. Jeszcze tej nocy podczas ucieczki do Wrocławia. Wsiadła do pierwszego lepszego pociągu, w przedziale wyciągnęła komórkę. Wymyśliła, że zostały z Joanną napadnięte. Ona zdołała uciec, a przyjaciółka nie żyje. Tak usiłowała usprawiedliwić zbrodnię.

    Potem kobieta zmieniła zeznania.

    Polubiły się od razu


    Anna S., drobna, śliczna szatynka. Takie jak ona dziewczyny chce się otoczyć ramieniem i chronić. Od kilku miesięcy w jednej z medycznych szkół prowadziła zajęcia z języka migowego. Wcześniej skończyła dobre katowickie liceum. Kiedy była małą dziewczynką, marzyła o studiach archeologicznych, ale nie miała na naukę pieniędzy. Z marzeń została jej miłość do Egiptu, fascynacja światem mumii i piramid, nie rozwiązanej zagadki Sfinksa.

    - Jeździła na jakieś wykłady do Katowic. Sama je przygotowywała. Cały czas to w niej siedziało - opowiada dziadek Anny. Mężczyzna od chwili zatrzymania wnuczki żyje jak w letargu. Emerytowany górnik, dumny z Anny, jej kolorowego wielkiego świata.

    Z Joanną od kilku lat obracały się w tym samym środowisku, w tym samym kręgu znajomych. Wiedziały o sobie wiele, ale nie wszystko. Poznały się na jednej z wystaw. Polubiły od razu. Anna podziwiała starszą o 13 lat artystkę. Imponowała jej, była z tej przyjaźni dumna.

    Tu prawie nikt nie mieszka

    Urodzinowe przyjęcie nie trwało zbyt długo. Ostatni goście wyszli około godz. 22. Anna postanowiła zostać na noc. Nawet dzwoniła w tej sprawie do domu. Obecni na spotkaniu goście wspominają, że było bardzo miło i spokojnie. Wznieśli toast lampką wina, pogadali i zwinęli się szybciutko.

    W kamienicy nikt nie słyszał odgłosów walki.

    - Grał telewizor - sąsiadka z parteru, szczupła kobieta z krótko podciętymi ciemnymi włosami ze smutkiem wspomina Joannę Knop. - Jeszcze nie tak dawno pytałam, czy zrobić jakieś zakupy. Powiedziała, że sobie radzi. Widziałam, ile trudu sprawiało jej chodzenie. Podpierała się parasolką, nie opuszczała bez niej mieszkania.

    - Szła zawsze blisko ściany, po to, żeby w każdej chwili móc się podeprzeć - zauważa sąsiadka. - To dla niej przy drzwiach zainstalowano poręcz. Na pierwszym piętrze mieszkała sama. Zresztą tu już prawie nikt nie mieszka. Ludzie się powyprowadzali, bo kamienica ma być remontowana.

    Sztuka w głowie

    Joanna skończyła katowicką Akademię Sztuk Pięknych. Była zdolna, lubiana, zafascynowana Indiami i hinduską sztuką, jej bujnością, bogactwem, seksualnością. Zilustrowała Kamasutrę - podręcznik sztuki kochania.

    Nie zrobiła jednak oszałamiającej kariery. Te najlepsze prace wciąż czekały na realizację, żyły w jej głowie. A te wykonane nie trafiały na prestiżowe wystawy.

    Choroba odebrała jej siły

    - Zapamiętałam uśmiech Joanny. Choć była ładna, w tym uśmiechu jeszcze piękniała. Zawsze rozpuszczone włosy, eleganckie ubranie, skromne, bez typowych dla artystów ekstrawagancji. Do galerii przyprowadził ją swego czasu Roman Kalarus, wielki polski grafik, jej mistrz. Przedstawiając Joannę, wróżył jej świetną zawodową przyszłość - wspomina Nina Rechowicz z katowickiej galerii Parnas. - Z pracami zjawiała się jednak rzadko, dwa, trzy razy do roku. Ostatnio przyniosła grafikę Teatru Śląskiego w pogodnych błękitach. Zdradziła, że myśli o stworzeniu serii pokazującej najpiękniejsze fragmenty miasta. Liczyła, że zainteresują się nią jakieś firmy, że zarobi na życie. Z tego co wiem, zawsze mogła liczyć na pomoc swojej mamy.

    Choroba jednak odebrała Joannie siły. Podobno gdy okazało się, że cierpi na SM, odszedł od niej ukochany mężczyzna. Teraz mieszka za granicą. Musiała więc wszystko przewartościować, nauczyć się żyć ze słabością, pewnie poczuciem klęski.

    SM zaczęło się od nagłego bólu głowy. Tak jakby przez mózg przejechała karuzela. Joanna zaczęła cierpieć na zawroty. - Mówiła mi, że nie mogą jej zdiagnozować, że wciąż szukają - opowiada Nina Rechowicz. - Brała jednak leki, jakoś sobie radziła.

    Życie Joanny zmieniało się powolutku, ale nieodwracalnie. SM atakuje mięśnie, które z dnia na dzień coraz bardziej słabną. Z czasem każdy kolejny krok staje się męczarnią. Potem przestają pracować ręce. Palce z trudem się zginają, w dłoni nie można unieść kubka z herbatą, ukroić chleba, utrzymać ołówka. Żeby znosić trudy wstawania, trzeba łykać leki antydepresyjne, bo dzięki nim chory jest w stanie wyprodukować potrzebne dawki nadziei.

    Na rękach do stolika

    - Jak widziałam ją ostatni raz, była szczuplejsza, bledsza, mówiła z trudem - przypomina sobie właścicielka galerii.

    - Spotkałem się z nią w dniu jej śmierci - mówi jeden z pracowników Biura Wystaw Artystycznych w Katowicach, kolega Joanny jeszcze z czasów liceum. W kawiarni BWA zjawiła się z Anną i jej chłopakiem. Joannę na kawiarnianą salę trzeba było wnieść. Już nie była w stanie chodzić. Nie potrafiła trafić łyżeczką z ciastkiem do ust, zrzuciła i zbiła filiżankę.

    - Zapamiętałem pełne troski spojrzenie tej dziewczyny. Troski i jakiegoś bólu. Widać było, że jest do Joanny przywiązana. Asia śmiała się i żartowała. Jej towarzyszka była zastanawiająco milcząca. Pamiętam, że na przedramieniu miała śmieszny tatuaż. Nawet z niego żartowaliśmy. Wtedy jej chłopak powiedział, że w tatuażach ma całe ciało - wspomina mężczyzna.

    Anna S. zostanie poddana badaniom psychiatrycznym. Czeka na nie w katowickim areszcie. Za miesiąc znane będą też ostateczne wyniki sekcji zwłok.

    Więcej na temat: 

    Sonda

    Czy wiedząc o aferze w łódzkim pogotowiu bałbyś się wezwać karetkę?

    • Nie, nie wszyscy lekarze są przestępcami (53%)
    • Bałbym się, ale i tak w razie np. wypadku nie miałbym innego wyjścia (35%)
    • Tak, straciłem zaufanie do pogotowia ratunkowego (12%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.