Wybierz region

Wybierz miasto

    Rozmowa z Apoloniuszem Tajnerem, prezesem Polskiego Związku Narciarskiego

    Autor: Jarosław Galusek

    2006-03-23, Aktualizacja: 2006-03-23 08:50 źródło: Dziennik Zachodni

    DZIENNIK ZACHODNI: Szczegółowej oceny sezonu dokona niebawem zarząd Polskiego Związku Narciarskiego, ale my chcielibyśmy poznać pana osobistą opinię na temat zimy w wykonaniu naszych skoczków.

    DZIENNIK ZACHODNI: Szczegółowej oceny sezonu dokona niebawem zarząd Polskiego Związku Narciarskiego, ale my chcielibyśmy poznać pana osobistą opinię na temat zimy w wykonaniu naszych skoczków.

    Apoloniusz Tajner: Generalnie ten sezon nie był taki zły, chociaż z drugiej strony kapitał mamy większy, niż kilka lat temu i większe były oczekiwania. Przy takich ocenach uwaga koncentruje się zwykle na najważniejszych imprezach sezonu. Igrzyska wypadły nieźle, a nawet całkiem dobrze, biorąc pod uwagę wcześniejszą dyspozycję zawodników. Na koniec zimy błysnął jeszcze Adam Małysz, zajmując dwa razy miejsce na podium Pucharu Świata. To jest dobra pozycja wyjściowa do kolejnego sezonu.

    DZ: Ale trenerzy sami sobie postawili poprzeczkę znacznie wyżej. Na przykład od Kamila Stocha oczekiwali regularnych startów w "trzydziestce" Pucharu Świata.

    AT: Po Kamilu, faktycznie, można się było więcej spodziewać. Ale te jego rezultaty, słabsze od założonych, nie wynikają z jakichś zaniedbań. On i cała ta grupa wykonali w tym sezonie bardzo dużą pracę, która nie przełożyła się na wyniki. Nie chcę wytykać błędów Heinzowi Kuttinowi. On po prostu preferuje ciężki, atletyczny trening. To oczywiście ma swoje plusy, ale na efekty trzeba trochę dłużej poczekać. Myślę, że ta praca nie pójdzie na marne. Ja też przejmowałem kadrę w podobnych warunkach. Mój poprzednik Pavel Mikeska przygotował kadrę atletycznie i ja miałem mniej roboty.

    DZ: Czy jest coś, co by pan zmienił, gdyby można było cofnąć czas?

    AT: Pewnych rzeczy nie dało się zrobić ze względu na układ stworzony przez Ediego Federera. Austriacki menedżer miał swojego człowieka na stanowisku trenera kadry. Działacze Polskiego Związku Narciarskiego byli trochę odsunięci od kadry.

    DZ: Pytam o zaangażowanie profesora Żołądzia. Gdyby jego pomoc przyszła wcześniej, być może cieszylibyśmy się z olimpijskiego medalu Małysza.

    AT: Nie chciałem ingerować w plany trenera kadry, ale musiałem być przygotowany na wypadek, gdyby coś nie wyszło. W końcu jestem przełożonym Kuttina. Było widać, że dyspozycja Adama nie zbliża się do optymalnej, dlatego jeszcze w grudniu odbyłem trzy długie rozmowy z profesorem Żołądziem. Czekaliśmy tylko na turniej Czterech Skoczni, bo to miał być wykładnik formy.

    DZ: Czy Heinz Kuttin został już skreślony z listy kandydatów na trenera kadry?

    AT: Nie, Kuttin wciąż ma szansę. Daliśmy sobie 2 tygodnie czasu. Może się przecież okazać, że nikt z pozostałych kandydatów nie spełni naszych kryteriów. Z naszej listy skreślony został jedynie Stefan Horngacher, który wybrał pracę w Niemczech.

    DZ: Tenże Horngacher stwierdził, że dzięki Kuttinowi nasza drużyna była wyposażona w najlepszy sprzęt na świecie.

    AT: I ma rację. Wdrażanie wszelkich nowinek technicznych, zdobywanie najwyższej klasy sprzętu czy materiału na kombinezony to jest bardzo mocna strona Kuttina. Niestety, Austriak nie potrafi korzystać z doświadczeń innych ludzi, którzy często mogą nam otworzyć oczy na inne sprawy. On nawet nie przejrzał moich sprawozdań z lat, kiedy byłem trenerem kadry!

    DZ: Czy zaakceptowanie szerokiego zespołu będzie warunkiem dla trenera kadry?

    AT: Jednym z podstawowych. Nawet gdyby został nim Kuttin, to będzie musiał zaakceptować nowe warunki pracy. W przyszłym sztabie szkoleniowym na pewno znajdzie się miejsce dla profesora Jerzego Żołądzia. Osobiście nie znam nikogo lepszego. Uważam, że dobra forma Adama Małysza w końcówce sezonu to przede wszystkim jego zasługa.

    DZ: Trzy lata temu Jerzy Żołądź odszedł z kadry, bo nie był zadowolony z nowych zasad współpracy.

    AT: Wtedy to wszystko poszło za daleko. Obaj naukowcy spędzali z nami bardzo dużo czasu. Profesor Żołądź niemal sto dni w sezonie olimpijskim, a doktor Blecharz (psycholog - red.) jeszcze więcej. Jest pewna granica, której nie powinno się przekraczać. Z drugiej strony warto mieć obok siebie kogoś, do kogo można sięgnąć, jak do encyklopedii.

    Sonda

    Czy wiedząc o aferze w łódzkim pogotowiu bałbyś się wezwać karetkę?

    • Nie, nie wszyscy lekarze są przestępcami (53%)
    • Bałbym się, ale i tak w razie np. wypadku nie miałbym innego wyjścia (35%)
    • Tak, straciłem zaufanie do pogotowia ratunkowego (12%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.