Wybierz region

Wybierz miasto

    To był prawdziwy cud

    Autor: Michał Wroński, Aldona Minorczyk-Cichy

    2006-02-28, Aktualizacja: 2006-03-01 07:29 źródło: Dziennik Zachodni

    Po 111 godzinach akcji ratownicy dotarli do Zbigniewa Nowaka, który przeżył tąpnięcie na poziomie 1030 metrów. Był kwadrans po czwartej nad ranem gdy prowadzący akcję w podziemnym wyrobisku kopalni "Halemba" ...

    Po 111 godzinach akcji ratownicy dotarli do Zbigniewa Nowaka, który przeżył tąpnięcie na poziomie 1030 metrów.


    Był kwadrans po czwartej nad ranem gdy prowadzący akcję w podziemnym wyrobisku kopalni "Halemba" ratownicy usłyszeli wczoraj głos Zbigniewa Nowaka. 30-letni metaniarz czekał na nich blisko cztery i pół doby. Był spragniony i wyczerpany, ale bez poważniejszych obrażeń.



    Byłem akurat w przodku, gdy nadsztygar przez rurociąg usłyszał jego głos. Chciał jabłko, wodę mineralną i lampę. Prosił też, aby pogratulować żonie, która w czwartek miała urodziny. Stracił zupełnie rachubę czasu - myślał, że to dziś jest czwartek. Nie powiedzieliśmy mu prawdy - mówił Janusz Jarząbek, którego zastęp dotarł do zaginionego górnika.

    Nowak zupełnie stracił poczucie czasu. Nie miał pojęcia, że na najgłębszym w kraju poziomie 1030 metrów spędził aż 111 godzin. Teraz dochodzi do siebie w sosnowieckim szpitalu. Jest z nim żona Marlena i córeczka Laura. To właśnie 5-latka, kiedy wszyscy tracili już nadzieję, tupała nóżkami i krzyczała: - Nie płaczcie! Tata żyje! I jak się okazało - miała rację.

    Wieść o odnalezieniu górnika obiegła całą kopalnię. Natychmiast przyjechali ojciec i teść zaginionego, który zresztą pracuje w "Halembie" na przeróbce.

    Zaginiony górnik przebywał niemal dokładnie w tym samym miejscu, gdzie znajdował się obsługiwany przez niego punkt pomiaru metanu. To właśnie stąd w środę po południu zadzwonił do przełożonych informując, że po pierwszym wstrząsie stężenie gazu jest w normie. Później miał się wycofać jak uczyniła to trzydziestka jego kolegów. Nie zdążył. Szczęśliwie tąpnięcie nie "sprasowało" całkowicie chodnika - została wysoka na kilkadziesiąt centymetrów nisza i to w niej 30-latek czekał na ratunek. Pękniętym rurociągiem docierało do niego powietrze. Tą drogą usłyszał też ratowników. Już wcześniej próbował im dawać znaki, że żyje stukając w rurę, ale z dalszej odległości nie było go słychać. Mimo tego prowadzący akcję dokładnie wiedzieli, gdzie go szukać. Od piątku odbierali sygnały wysyłane przez nadajnik typu GLON, standardowe wyposażenie wszystkich górników.



    Namierzył go praktycznie z dokładnością do metra - ocenia Bogusław Wypych, kierownik akcji. Jak dodaje mimo nawiązania kontaktu głosowego szczęśliwy finał akcji wciąż jeszcze nie był przesądzony.

    - Obawiałem się, żeby nie próbował sam wyjść, bo wtedy mógłby się wychylić gdzieś na bok i zatruć gazem. Najważniejsze było nie tyle, żeby go szybko wyciągnąć, co żeby udrożnić przejście i zapewnić mu dopływ powietrza - wyjaśnia ratownik.

    Gdy wreszcie odblokowano przejście metaniarz o własnych siłach wydostał się z pułapki, a następnie razem z ratownikami przeczołgał się przez całe 250-metrowe wyrobisko.

    - Gdyby trzeba go transportować na noszach, akcja trwałaby jeszcze jakieś dwie, trzy zmiany, a może nawet całą dobę - przyznaje Bogusław Wypych.


    Wczoraj trwała również akcja ratownicza w kopalini "Siltech





    Laura twierdziła, że jej tata żyje. I miała rację!

    Twardy jak górnik




    To cud. Zbigniew Nowak bez wody i jedzenia spędził pod ziemią pięć dni. Mimo to jest w całkiem niezłej kondycji fizycznej i psychicznej. Kiedy wczoraj rano ratownicy do niego dotarli, pytał czy jeszcze jest czwartek, bo chciał złożyć żonie życzenia urodzinowe: - Dajcie lampę, bo muszę iść do domu - mówił. Prosił też o wodę i jabłko.

    - To nieprawdopodobna radość i ulga. Kiedy mi o tym powiedzieli na zmianę śmiałam się i płakałam. Tak bardzo cieszę się, że Zbyszek żyje. W trudnych chwilach pomagała mi córka Laurusia. Ona była moją podporą. Nie pozwalała nam rozpaczać, płakać i mówić o swoich wątpliwościach - opowiada Marlena Nowak, żona uratowanego górnika.

    Zbigniew Nowak przebywa w szpitalu im. Św. Barbary w Sosnowcu. Przewieziono go na oddział intensywnej terapii. Na widok żony i córki wykrzyczał: - Szczęść Boże!

    - Jest przytomny. Mamy z nim pełny kontakt logiczny. Są ślady, że podczas pobytu pod ziemią miał zaniki świadomości. Układ oddechowy i krążenia są w normie. Jest odwodniony. Występuje suchość skóry. Są także zaburzenia metabolizmu w umiarkowanym stopniu. Pacjent doznał urazu otwartego łokcia. Występuje tam silny odczyn zapalny. Nie wykluczamy operacji. Nie potwierdziły się nasze obawy co do uszkodzenia wzroku - mówi Zbigniew Swoboda, dyrektor szpitala.

    Lech Krawczyk, lekarz opiekujący się uratowanym górnikiem, twierdzi, że na pewno spędzi on w szpitalu co najmniej kilkanaście dni. O ile obecnie stan pacjenta jest dobry, to następstw przewidzieć nie można.

    - To było pięć dni bez płynów. Spodziewaliśmy się, że będzie gorzej - mówi Krawczyk.

    Zdaniem Maksymiliana Klanka, prezesa Kompanii Węglowej, na przykładzie Nowaka trzeba będzie dokonać korekt w podręcznikach medycznych.

    - Jest w pełni witalny. To niewiarygodne, biorąc pod uwagę to, co przeszedł. Wszyscy się cieszymy, że tak się to skończyło. Ten przypadek wskazuje, że trzeba szukać i wierzyć do końca - podkreślał. Nie chciał powiedzieć, czy przyzna ratownikom nagrody: - Wszystko w swoim czasie. To była dobra robota.

    Lekarze podkreślają, że Nowak miał dużo szczęścia, bo w miejscu jego uwięzienia temperatura wynosiła 28 st. C. Nie utracił wody w organizmie i nie wychłodził się. Dodatkowo cały czas z uszkodzonej rury docierało do niego świeże powietrze wzbogacone w tlen.

    Nowak chciałby już w domu spędzić swoje 31 urodziny. To już za niecałe dwa tygodnie - 12 marca. Czy do tego czasu lekarze pozwolą mu opuścić szpital? W domu czekać go będzie wielka feta. Przywitać go przyjdą nie tylko najbliżsi, ale też koledzy z pracy. Czy jeszcze kiedyś zjedzie na dół? Na to pytanie nie znamy odpowiedzi. Pani Marlena, zapytana, czy pozwoli mężowi wrócić do kopalni, stwierdziła: - Wolę o tym nie mówić. Ale z całego serca dziękuję wszystkim, którzy walczyli o życie męża.




    Ryzykując życiem przez blisko cztery i pół doby przedzierali się do zaginionego górnika

    Ratowali z nadzieją


    Ta akcja przejdzie do historii polskiego górnictwa. Jeszcze raz potwierdziła się żelazna zasada, iż dopóki nie dotrze się do zaginionego, dopóty nie można przekreślać jego szans na przeżycie. Aby odnaleźć Zbigniewa Nowaka ratownicy przez cztery i pół doby przedzierali się przez położone na głębokości 1030 metrów pod ziemią wyrobisko. Zastępy z „Halemby” wspomagali koledzy z kopalń „Bielszowice”, „Polska-Wirek”, „Sośnica” i „Sośnica-Makoszowy”, a także ekipy z Okręgowych Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu, Tychach i Zabrzu.

    Akcję prowadzono w skrajnie trudnych warunkach. Ratownicy klęcząc na kolanach ręcznie przebierali zasypany węglem, skałami oraz elementami rur i stalowej obudowy chodnik. Miejscami było tak ciasno, iż nie dało się stosować pił elektrycznych, więc trzeba było ciąć ręcznymi piłkami. „Urobek” ręcznie odstawiano przez długie na dwieście metrów wyrobisko. Ratownikom nie ułatwiała zadania też sama przyroda. Rejon gdzie prowadzili akcję należy do IV – najwyższej – kategorii zagrożenia metanowego i III kategorii zagrożenia tąpaniami. Z początku pracujący musieli korzystać z aparatów tlenowych. W piątek udało się na tyle przewietrzyć chodnik, że zastępy mogły pracować bez aparatów, choć cały czas trzeba było nadal uważać na odpowiednią wentylację. Jakby tego było mało pojawiła się woda, miejscami zalewając wyrobisko do wysokości 30 centymetrów. Choć momentami na jednej zmianie pracowało nawet pięćdziesięciu ratowników przebijanie się przez zawalony chodnik szło opornie.

    W niedzielę od rana do wczesnego popołudnia ratownicy posunęli się zaledwie o metr. Mimo tego nie rezygnowali, aczkolwiek nie mieli żadnej pewności, że idą po żywego człowieka.
    – Gdybyśmy stracili nadzieję, to... – kierujący akcją Bogusław Wypych nie potrafił wczoraj opanować drżenia głosu. Jak dodaje nie pamięta jednak równie długiej, a przy tym szczęśliwie zakończonej akcji.
    – To był prawdziwy cud – przyznaje.

    W cudzie pomógł GLON – czyli niewielkich rozmiarów nadajnik lokalizacyjny, standardowe wyposażenie wszystkich górników. Urządzenie podłączone jest do lampy. Przez około siedem dni może wysyłać sygnał, który pozwala na precyzyjną lokalizację jego położenia. Jego skuteczność potwierdziła się, gdy wczoraj kwadrans po czwartej ratownicy usłyszeli głos zaginionego metaniarza.
    – To nam dodało sił. Wszyscy w zastępie rzucili się do jeszcze bardziej energicznej pracy – mówi Janusz Jarząbek, którego zastęp odnalazł górnika.
    Michał Wroński




    powiedział nam Kazimierz Dąbrowa, dyrektor KWK Halemba


    Odnaleziony górnik jest metaniarzem, więc zna się bardzo dobrze na wentylacji i to być może uratowało mu życie. Wiedział bowiem, że nie może zrobić żadnego ruchu od tego ciągu, którym płynęło do niego powietrze. (miw)




    Poczekaj proszę!


    Poczekaj proszę, zaraz będziemy,

    dwadzieścia metrów, to nie tak wiele,

    dla ciebie chwila - wieczność - my wiemy,

    jesteśmy obok, jak przyjaciele.

    Poczekaj proszę, na górze rodzina,

    Boże, tu woda i bardzo ciasno,

    nieważne teraz, która godzina,

    na dworze pewnie trzeci raz jasno...

    Cisza w Halembie, cisza na Rudzie,

    rękami węgiel usunąć trzeba,

    maszyny nie mogą, więc muszą ludzie.

    w workach wynosić kamienne nieba.

    Wytrzymaj proszę, jesteśmy blisko,

    na skata jeszcze kiedyś pójdziemy,

    znów jakiś promyk nadzieją błysnął,

    słyszysz stukanie? To my idziemy...


    Krzysztof Cybruch, nasz Czytelnik,

    swój wiersz zadedykował wszystkim, którzy brali udział w akcji ratowniczej w kopalni Halemba.




    Alojzy Piontek czekał siedem dni



    Alojzy Piontek (na zdjęciu) czekał na ratowników w zasypanym chodniku prawie siedem dni - bez jedzenia i picia. Uwięziony był w niewielkiej szczelinie, jaka utworzyła się w pogruchotanej ścianie - szerokiej na 1 m i wysokiej na 70 cm. Lampka górnicza paliła się do końca, ale używał jej tylko przy zmianie pozycji ciała. Leżał w ciemnościach. Temperatura dochodziła do 30 stopni C.

    Gdy 23 marca 1971 roku w kopalni "Rokitnica" w Zabrzu wystąpiło potężne tąpnięcie, w rejonie katastrofy, na głębokości 800 m znalazło się 19 górników, w tym rębacz, 37-letni wówczas Alojzy Piontek. Był wtorek, godz. 16.05. Zawalona ściana miała 72 m długości.

    Tego samego dnia ratownicy wydobyli 8 żywych górników. W trzecim dniu akcji - w czwartek - odnaleźli jednego nieżyjącego górnika, w poniedziałek 29 marca - kolejnych 7 ciał. W skalnym potrzasku pozostawała trójka zasypanych, z której tylko Piontek przeżył. Styl od łopaty wciskał mu się w żołądek i mocno go uwierał. Kawałkiem skały próbował go "ociosać", a potem drzazgami nakłuwał dziąsła i ssał własną krew. Oddawał mocz do górniczego hełmu, moczył w nim palce i pił.

    Ratownicy dotarli do niego po 158 godzinach od katastrofy, 30 marca, tuż po godz. 5.00 rano. Gdy wynosili go na powierzchnię spytał: "Czy Górnik-Zabrze wygrał mecz...?".

    Nigdy więcej nie zjechał na dół kopalni. Zmarł 29 października 2005 roku na pylicę. (tes)




    Sonda

    Czy wiedząc o aferze w łódzkim pogotowiu bałbyś się wezwać karetkę?

    • Nie, nie wszyscy lekarze są przestępcami (53%)
    • Bałbym się, ale i tak w razie np. wypadku nie miałbym innego wyjścia (35%)
    • Tak, straciłem zaufanie do pogotowia ratunkowego (12%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.