Wybierz region

Wybierz miasto

    Tragedia na Mazowszu: sześcioro dzieci zginęło w pożarze ich rodzinnego domu

    Autor: DAGMARA KOBLA/"Życie Warszawy"

    2006-03-02, Aktualizacja: 2006-03-02 10:03 źródło: Naszemiasto.pl

    Ogień musiał pojawić się nagle, w pokoju z lewej strony domu. Dzieci szukały ratunku, chroniąc się przy łóżku najstarszego brata. Gdy umierały, ich matka szukała pomocy.

    Ogień musiał pojawić się nagle, w pokoju z lewej strony domu. Dzieci szukały ratunku, chroniąc się przy łóżku najstarszego brata. Gdy umierały, ich matka szukała pomocy.



    Jedno z dzieci zginęło w płomieniach, pięcioro zabił czad. Trzyletni Krzyś i pięcioletni Adam musieli schować się pod stołem przy łóżku, na którym leżał Leszek chory na dziecięce porażenie mózgowe. Miał 16 lat, ale nie pomógł młodszym, bo nie mógł nawet wstać. Jedenastoletnia Marysia cierpiała na niedowład nóg. Prawdopodobnie to ją młody strażak znalazł przy drzwiach.

    - Za późno po nas zadzwonili - mówi młody ratownik z twarzą czarną od sadzy. - Chwilę wcześniej i może dzieci by żyły... Wynosiłem je, koledzy reanimowali, ale żadne już się nie ruszało.

    Dariusz Karasiewicz z Ochotniczej Straży Pożarnej w Raciążu, miejscowości sąsiadującej ze wsią Kiniki, gdzie doszło do tragedii, pierwszy wskoczył do płonącego domu. Gdy opowiada o tym, co widział, drżą mu usta. Dwie godziny wcześniej nie wahał się nawet przez chwilę.



    Zaczęliśmy zakładać maski ochronne, a Darek już biegł na miejsce - mówi Mariusz Waślicki, kolega strażaka. - Dlatego jest teraz taki zakręcony, bo nawdychał się dymu.

    Razem z Karasiewiczem do płonącego budynku wskoczył Krzysztof Przybyszewski, sąsiad Szymańskich. - Z daleka widziałem ogień, biegłem za strażą pożarną - opowiada. - Przy domu stały dwie kobiety i krzyczały, że dzieci są w środku. Szyby były popękane, więc wskoczyliśmy. Nic nie było widać.

    Karasiewicz jest pewien, że wyniósł troje dzieci. Nawet nie pamięta, czy były duże, czy małe. Dwoje wyniósł ktoś inny. - Pamiętałem, że muszę iść przy ziemi, żeby czad mnie nie udusił. Chociaż szyby popękały od wysokiej temperatury, w środku nie było tlenu. Pierwszy raz ratowałem dzieci... - głos mu się łamie.

    Grzegorz Domański, komendant OSP w Raciążu, pracuje w straży od 18 lat. Dziś był na urlopie. - Pierwszy raz widzę coś takiego. Nigdy nie zginęło tyle dzieci... - mówi.

    On sobie jakoś z tym poradzi, ale nie wie, co będzie z tymi młodymi chłopakami.



    Dom Anny i Ryszarda Szymańskich w Kinikach widać z głównej szosy. W tej malutkiej wiosce pod Raciążem znają się wszyscy. Najbliższa sąsiadka mieszka 200 metrów dalej. To do Bożeny Kwiatkowskiej Anna Szymańska biegła po ratunek. Biegła po śniegu w kapciach, wołając o pomoc. Kwiatkowska usłyszała sąsiadkę i zobaczyła ogień przez okno. Ale już było za późno.

    - To była bardzo dobra rodzina i tyle. Ona biegła do mnie po ratunek. Nie porzuciła dzieci, tylko nie mogła sama im pomóc - mówi Kwiatkowska. Krzysztof Przybyszewski wraca do tamtych chwil: - Stały kobiety i krzyczały. Nawet nie wiem, czy Szymańska też tam była. Dlaczego ona sama ich nie ratowała? Bo Rysiek przyszedł później (Ryszard Szymański, ojciec dzieci, wcześnie rano wyszedł po drewno na opał; gdy wybuchł ogień, był daleko od domu).



    Cała rodzina budziła się wcześnie rano. Piętnastoletnia Asia i dziewięcioletni Józio po śniadaniu szli na przystanek, żeby dojechać do szkoły w Raciążu. Do niepełnosprawnego Jacka i Marysi po południu przyjeżdżali nauczyciele.

    - Nie wiemy, dlaczego matka nie wyniosła dzieci, ani co było przyczyną pożaru. W tym domu nie było gazu, więc to nie był wybuch - mówi Andrzej Woźniak z policji w Płońsku.

    Już przed południem o pożarze wie cała wieś i Raciąż. Wiedzą też nauczyciele Asi i Józka, wiedzą uczniowie.

    - Najpierw nasza pani zaczęła płakać - mówi Marta Włódarska, trzynastoletnia koleżanka Asi. - Potem już wszystkie nauczycielki płakały i nie chciały nam nic powiedzieć.

    - W końcu nasza wychowawczyni stwierdziła, że wszystkiego dowiemy się z telewizji - dodaje Andżelika Wąsiak.

    Dziewczynki stoją na przystanku, czekają na autobus.



    Anna i Ryszard Szymańscy po południu są na policyjnym komisariacie.

    - Matce podano środki uspokajające - informuje Anna Wiśniewska, prokurator z Płońska. - Oboje rodzice mają rodziny, dziadkowie żyją. Mają gdzie się schronić, zanim nie nadejdzie pomoc od gminy. Z ich domu pozostały tylko zgliszcza. Ocalała jedynie ceglana obora.

    Dwoje dzieci, które w czasie pożaru były w szkole, znajduje się pod opieką psychologa. Przez najbliższe dni będą mieszkały u babci.

    Grażyna Wesołowska co miesiąc odwiedzała Szymańskich. Jest pracownikiem socjalnym Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej. Anna Szymańska swoje pierwsze dziecko urodziła, gdy skończyła 15 lat, ale w Kinikach nikogo to nie dziwi.

    - To nie jest rodzina patologiczna albo taka, która nie radziłaby sobie w życiu - podkreśla Wesołowska. - Dostawali od nas świadczenia przekraczające 1600 złotych w miesiącu, z uwagi na niepełnosprawność dzieci. Mają spore gospodarstwo. Proszę mi wierzyć, że choć mieli ośmioro dzieci, tam nie było głodu ani zaniedbań.

    Wesołowskiej trzęsą się ręce. Na miejscu tragedii jest od dwóch godzin, razem z wójtem Ryszardem Giszczakem.



    W Urzędzie Gminy w Raciążu, w każdym pokoju włączone radio.

    - Uruchomiliśmy specjalne konto, na które można wpłacać pieniądze dla Szymańskich - mówi Barbara Kwiatkowska, urzędniczka. - My też, sami urzędnicy, zrobimy taką wewnętrzną zbiórkę. Wójt podejmie decyzję, ile pieniędzy damy z budżetu. Szykujemy też ubrania. Wydrukowaliśmy specjalne ulotki z numerem konta. Będziemy je rozwozić po wszystkich wsiach. Tyle dzieci zginęło... Nie mogę o tym myśleć, bo pęka mi serce.












    Możesz pomóc

    Pieniądze dla Szymańskich można wpłacać na konto: Bank Spółdzielczy w Raciążu 11 8233 0004 0012 4399 2011 0001 z dopiskiem "Pomoc Pogorzelcom - Kiniki".

    Sonda

    Czy wiedząc o aferze w łódzkim pogotowiu bałbyś się wezwać karetkę?

    • Nie, nie wszyscy lekarze są przestępcami (53%)
    • Bałbym się, ale i tak w razie np. wypadku nie miałbym innego wyjścia (35%)
    • Tak, straciłem zaufanie do pogotowia ratunkowego (12%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.