Każdego roku w Polsce do domu nie wraca 3 tysiące nastolatków Każdego roku w Polsce do domu nie wraca 3 tysiące nastolatków

Każdego roku w Polsce do domu nie wraca 3 tysiące nastolatków (© Fot. 123rf )

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Co roku w wakacje policja dostaje setki zgłoszeń od rodziców oraz opiekunów zaginionych dzieci i nastolatków. Wiele z nich wraca do domu po kilku dniach, części nie udaje się jednak odnaleźć przez lata. Piszemy o tym, dlaczego nawet dzieci kochających rodziców mogą zgubić powrotną drogę do domu

Ola w przyszłym roku chciała się dostać na polonistykę i fotografię. Od wielu lat pisała wiersze. Dostała aparat fotograficzny i zaczęła przyglądać się światu przez oko obiektywu. Marzyła, by fotografowaniem zająć się profesjonalnie. 14 października pojechała do koleżanki pisać pracę na zaliczenie. Wzięła telefon, laptopa i wyszła z domu. Do dziś nie wróciła. Historie podobne do tej, która przytrafiła się Oli Bogusławskiej, co roku zdarzają się kilku tysiącom nastolatków w całej Polsce. Nie wszystkie kończą się happy endem. Część młodych ludzi zrywa kontakty z rodziną i najbliższymi na wiele lat. Niektórzy odnajdują się poza granicami kraju, zdarza się, że są przetrzymywani wbrew swojej woli, zmuszani do prostytucji. Psychologowie, którzy współpracują z policją i fundacją Itaka, zajmującą się poszukiwaniami zaginionych osób, twierdzą, że najwięcej nastolatków "gubi się" w trakcie wakacji. W trakcie dwóch letnich miesięcy do policji wpływa nawet kilkaset zgłoszeń o nastolatkach, które wyszły z domu i nie wróciły.

Chciała pisać wiersze

Rodzice Oli Bogusławskiej kilka lat temu przenieśli się do Londynu. Dziewczyna pojechała z nimi, ale wiedziała już, że chce studiować wymarzoną polonistykę. - W Londynie nie można przecież studiować tego kierunku, więc zdecydowała, że chce przyjechać do Polski. Tu chciała pójść do ostatniej klasy gimnazjum, a potem do liceum i zdać maturę - mówi Joanna Bogusławska, mama Oli. - Pozwoliliśmy córce przyjechać do Polski i tu się uczyć. Zamieszkała z moją mamą, ale widywaliśmy się kilka razy do roku. Ola przyjeżdżała do nas na wakacje, na święta. Dobrze się uczyła, nigdy nie sprawiała żadnych problemów. Była bardzo obowiązkowa. Zawsze, kiedy wychodziła do koleżanki lub spotykała się ze znajomymi, mówiła dokąd idzie i o której wróci. Nigdy nie zdarzyło jej się spóźnić na tyle, byśmy zaczęli się o nią martwić - mówi mama dziewczyny, która do dziś nie może uwierzyć w to, co się stało. Przez 8 miesięcy Ola ani razu nie dała znaku życia. Zniknęła, zapadła się pod ziemię. O tym, co się z nią dzieje, nie wiedzą jej koleżanki. Nic niepokojącego w zachowaniu dziewczyny nie zauważyli ani nauczyciele z liceum, do którego chodzi dziewczyna, ani szkolny pedagog.

Od października telefon Oli milczy. Policja twierdzi, że dziewczyna zmieniła numer telefonu, ale nie jest w stanie powiedzieć rodzicom, gdzie może teraz przebywać i co się z nią dzieje. - Jak to możliwe, że przez tyle czasu nie udało się nic ustalić - denerwuje się mama Oli. - Ja nie wierzę w to, że moja córka uciekła z domu - ale jednocześnie modlę się, żeby tak było, żeby nie okazało się, że mogła jej się zdarzyć krzywda.

Historia z happy endem

W Polsce rocznie ginie około 3,5 tysiąca nastolatków. Tyle zgłoszeń od rodziców lub opiekunów trafia na policję. Niektórych udaje się znaleźć w ciągu kilku dni, czasem tygodni. Tyle czasu policja szukała 17-letniej Pauliny z Parczowa pod Opocznem. Dwa miesiące temu dziewczyna wyszła rano z domu na autobus, który miał ją dowieźć na lekcje do szkoły w Opocznie. Nie wróciła na obiad ani na kolację. Nie można się było z nią skontaktować. Okazało się, że tego dnia nie dotarła do szkoły. Rodzice zaczęli szukać jej na własną rękę. Wieczorem zawiadomili policję.

W gazetach i na stronach internetowych pojawiły się informacje o zaginionej. Podawano jej rysopis i dokładnie opisano ubranie dziewczyny. Mijały dni. Poszukiwania nie przynosiły jednak spodziewanych rezultatów. Nikt też nie dzwonił na policję z jakimikolwiek informacjami dotyczącymi zaginionej.

Obawiano się najgorszego. Nie brak było głosów, że być może Paulina została porwana i zamordowana. Po kilku dniach poszukiwań rodzice dziewczyny rano zadzwonili na policję, informując, że córka wróciła do domu cała i zdrowa.

- Nie chcieli sprawy w ogóle komentować i podawać szczegółów zniknięcia Pauliny - mówi Barbara Stępień, rzeczniczka opoczyńskiej policji. - Dla nich najważniejsze było to, że wróciła i nic się jej nie stało. Dziewczyna też nie chciała powiedzieć, gdzie przez ten czas była i dlaczego nie dawała znaku życia przez kilka dni, doprowadzając najbliższych do rozpaczy.

Wiadomości

Komentarze (7)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

handel dziećmi (gość)

po uprowadzeniu jej do Włodawy... podjęła tam próbę samobójczą, a bezkarna sędzia Katarzyna K. tak pytała shańbioną dziewczynę: CZY TY SIĘ JESZCZE CHCESZ ZABIĆ?

centrum (gość)

skąd skreślono ją bez podstawy prawnej i tym samym zezwolono na jej wywózkę do Włodawy w pobliże hitlerowskiego obozu zagłady w Sobiborze

ocena (gość)

a po uprowadzeniu do Włodawy, gdzie miała stutus dziadóki ze SLąska, została wygnana do Trójmiasta, gdzie bez studiów, bez perspektyw wykorzystywana jest do pracy niewolniczej...

sowa (gość)

*** PODATEK KATASTRALNY -- to nic śmiesznego -- ostudzi gorące głowy, ale już będzie za późno! NIE BĘDZIE ZMIŁUJ! Komorowski to NIE pro-społecznie zorientowany Kaczyński! Każdy, kto coś ma wartościowego zapłaci; oczywiście Palikot, czy Miro zostaną z tego zwolnieni, jako zasłużeni! Post Scriptum: warto zobaczyć kreskówkę o Kandydacie: www.youtube.com/watch?v=7qbKCzTqKMk&feature=topvideos

#

wywózka (gość)

wywiezione z Zabrza przez pracownice Zespołu Interwencji Kryzysowej na podstawie podrobionego postanowienia sądu w Zabrzu