Jelena Isinbajewa mówi do swojej tyczki. Anna Rogowska całuje ją po udanym skoku. - Za kilka lat chciałabym całować swoje dziecko. Rozmawiałam już z trenerem, po Londynie założymy spokojną rodzinę.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Jelena Isinbajewa mówi do swojej tyczki. Anna Rogowska całuje ją po udanym skoku. - Za kilka lat chciałabym całować swoje dziecko. Rozmawiałam już z trenerem, po Londynie założymy spokojną rodzinę. No może przesuniemy to do 2013 r., do mistrzostw świata w Moskwie - asekuruje się trochę Rogowska.

Bo sensacyjna mistrzyni świata za swoje królestwo uznaje nie rozbieg, ale dom. Na stadionie podział ról jest jasny: podczas treningu rządzi mąż Jacek Torliński, Ania wykonuje polecenia. W domu trener zdejmuje dres i zakłada fartuch kucharski. Rządzić może tylko przy garach. Z trenera staje się mężem. - Ja zajmuję się resztą. Pranie, sprzątanie i takie tam przyjemności. Jacek lepiej gotuje - chwali pani Ania.

Obojgu brakuje dziecka. Teraz to niemożliwe. Kariera zawodniczki znów rozwija się w oszałamiającym tempie.

Największy sukces przyszedł pięć lat temu na igrzyskach w Atenach. Brąz odmienił życie Polki. Wtedy wyszła z cienia Moniki Pyrek. Bo nawet teraz Ania nie kryje, że to Monika przyczyniła się do wyboru jej drogi życiowej. - Parę lat temu w Sopocie tyczka była popularna dzięki Monice. Ja też chciałam spróbować i tak jakoś zostało - nie kryje Rogowska, ale dodaje, że jej bohaterem jest Stacy Dragila. Amerykanka zdobyła pierwszy złoty medal olimpijski w kobiecej tyczce w Sydney, wygrywała mistrzostwa świat i biła rekordy, zanim nie przyszły Rosjanki. Ma teraz 38 lat i dalej skacze. Obie panie mają nawet taki sam rekord życiowy (4,83), ale tylko Polka ma szansę, by jeszcze go poprawić, nawet w tym roku. Jeśli uda się go przesunąć o dwa centymetry, wtedy Jacek Torliński zaleje się po raz kolejny rumieńcem. Wczoraj wbił oczy w ziemię, gdy przyznał, że żona może wkrótce być lepsza od niego, gdy był jeszcze zawodnikiem. Niby to mistrzyni świata, ale z drugiej strony kobieta. Dragila też skakała wyżej niż wielu jej kolegów w klubie.

- Ona pokazuje, że jednak można długo być w formie - mówiła wczoraj Polka, siedząc nad rzeką Havel w Berlinie. Szybko jednak dodała, że nie chce tak długo skakać. Oznaczałoby to kolej-ne 10 lat spędzone na walizkach i z tyczką

Rogowska zeszły rok miała pechowy. Prześladowały ją kontuzje, nie mogła trenować, a na igrzyskach zajęła 10. miejsce. - Różne myśli przebiegały mi przez głowę. Teraz jestem niemal pew-na, że to mnie ukształtowało, stałam się twardsza - dodaje.

W tym roku wszystko toczy się jednak jak we śnie. W Londynie pokonała Isinbajewą. Stała się sensacją i wiele osób zastanawiało się, czy można to powtórzyć w Berlinie. Można! Pod jednym warunkiem. Trener musi mieć szczęśliwą koszulę. To ciuch wyjściowy, który miał na sobie, gdy Ania skakała w Londynie. W poniedziałek wieczorem nie mógł jej założyć. Musiał mieć reprezentacyjną, z orzełkiem na piersi.

- To zaszczyt go nosić, ale mamy wspólne przesądy i coś trzeba było wymyślić z tą druga koszulą - zdradza nam trener.

Włożył ją więc do plecaka. Też działało. Jednak żona zapewnia go, że to tylko zabawa, więc nie ma ryzyka, że kiedyś zawali skok, jak nie będzie koszuli. - Lepiej dmuchać na zimne, więc wywalam także rzeczy, które uważam, że przynoszą mi pecha. To może być drobiazg, ale nie chcę go mieć przy sobie - dodaje Rogowska i ucina rozmowę o gusłach. Woli opowieści o kuchni, bo jeść musi na okrągło, ale czasem tylko może wcinać to, co naprawdę lubi.

- Proszę wtedy Jacka o makaron penne z sosem carbonara. Pycha! Mamy też jedną restaurację w sanatorium w Sopocie, gdzie robią takie kluski - zdradza Rogowska, która sam Sopot najbardziej lubi dopiero po sezonie wakacyjnym, gdy uliczki pustoszeją, a w ulubionej kawiarni można usiąść, nie rezerwując wcześniej stolika. Podobno wtedy "Monaciak" odzyskuje romantyczny charakter.

Sopot jest jednak wciąż jej ukochanym miastem, tak jak konkurs skoków na molo. Może dzięki temu sukcesowi przyjedzie jeszcze więcej gwiazd. Byle nie tańczyły.

- Bo ja nie umiem. Do "Tańca z gwiazdami" to nie poszłabym, choć... z drugiej strony, może by mnie w końcu nauczyli - żartuje Polka, choć oczy się jej kleiły ze zmęczenia.

Nocy z poniedziałku na wtorek praktycznie nie przespała. Z emocji. Oczy zamknęła gdzieś koło czwartej nad ranem, ale nie jest pewna, czy to był sen czy jawa. Bała się, że wieczorny konkurs był snem i rano się obudzi?

- Faktycznie przeszło mi przez głowę, że ten złoty medal to jakieś piękne marzenie. Na szczęście jest realne. A tak naprawdę to ja kocham spać. Mogłabym zasnąć wszędzie - żartuje mistrzyni, zerkając na męża.

Wyglądają na idealną parę. Wszędzie razem, zgodnie, z jasno określonym celem i bez emocji bijących ze związku. - Bo my nie mamy cichych dni, ani na treningu, ani w domu - dodaje Rogowska.

Choć ostatnio musieli zaangażować do pracy katalizator. To Leszek Klima, trener tyczki z Leverkusen. Czego nie wypada powiedzieć Jackowi, mówi on ("czasem trudno coś żonie powiedzieć"). Choć Torliński od razu dodaje, że Ania ostatnio się zmieniła, jest bardziej cierpliwa i posłuszna. Dojrzała jako zawodniczka. - Dlatego twierdzę, że stać ją niebawem na 4,90 m - kończy trener naszej mistrzyni świata.

Wiadomości

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!